czwartek, 18 października 2007

Gdyby to kogoś obchodziło(przemyślenia)

Gdyby to kogoś obchodziło


Gdyby to kogoś obchodziło, że jestem tak wysoko, że mogę usłyszeć niebo.

Że świat się zmienia, że ja się zmieniam, czemu Ciebie nie ma?

Gdyby to kogoś obchodziło, że jestem tak nisko, że mogę poczuć piekło.

Że mam swoje ideały, swoje zasady, czy zbłądziłem?

Spalam się w niebie i tonę w piekle, a Ciebie nie ma.

Gdyby to kogoś obchodziło, że mi też jest źle, że jest i dobrze, że pragnę i potrzebuję,

Ciebie…to obchodzi?

Przestało.

sobota, 6 października 2007

Ballada o filologach(tekst)

Ballada o filologach.

Użem nam się zebrało, by biesiadzić się przy stole, wspólnie śpiewać, wspólnie słuchać i raczyć się alkoholem.

My żem szlachta, my studenty, my lubiem takie pogawędy.

Schadzka na pół do dziewiąta zamówiona, czeka moja hanza rozbawiona.

Są damy, są panowie, o wszystkich ta ballada dziś opowie.

Szukając wolnej karczmy, wlokąc się po szlaku, szukając ciepła i uśmiechu, trafilim na zajazd Piwnicą zwany.

Gdy rozmowa się rozgrzała i dysputa szykowała, bard począł stroić strunę i ozwał się głosem pełnym dumy.

Ja wam balladę dziś opowiem, o nieszczęśliwej wojnie, wy uże usłyszycie, lecz wpierw zapłacić mi musicie.

Płacić tej prostackiej bardzinie? Piwo dokończym i pójdziem daleko- rzekło nam się wspólnie.

Ja żem na konia wskoczył, wściekłością gnany, kolejnej karczmy szukałem wartej wzmiany.

Znalazł się zajazd, całkiem przyjemny, Przystankiem nazwany, zostawiłem w nim brata rodzonego a i sąsiada też mego, by wadzić nie musieli, gdym powracał spowrotem.

Do Piwnicy znów wróciłem, i ballady me uszy posłyszały- kończ Waść wstydu se oszczędź pomyślałem.

Juże ktoś z hanzy naszej rzec począł głośno- my Ci damy te talary, ale przestań śpiewać proszę, bo zagłuszasz tym skrzypem dysputę wspaniałą.

Bard mocą słów urażony, począł reprymendy udzielać na forum gospody. My powstali, jego słowa jak po kaczce zleciały i z uże słabej gospodziny do następnego zajazdu się udali.

Damę Agnieszkę pod pachę wziąłem i osiodłałem mą klacz polówką zwaną, w siedemnastym i pół roku kwiecie życia uże jest, dobra zwierzyna.

Po bezdrożach Grudziądza galopowałem, i Agnieszkę zagadywałem, uże dama się naśmiała, a i ochoty na alkohol zyskała.

W zajeździe czekał uże już mój bliźniak, brat kochany na współ z sąsiadem, obaj pawie już jak pijani.

Ledwo Agnieszka się przywitała, drzwi otwarły się z hukiem i uśmiechem na twarzy reszta hanzy wkroczyła, podróż im ochoty na alkohol narobiła.

Zaczęły się rozmowy na różne temata, były uśmiechy i tytoniem się raczono.

Adriana dama niesłychana, groszkami i koralami odziana, w rękach pudełko dziwne miała, jak się okazało aparatem zwane, magiczne dam głowę, bo czas i nas zatrzymywało, mój brat i dama Agata co fryzurę zrobiła niemałą, może i na naszego spotkania potrzeby, te same pudełko miała.

Adriana ciągle nas w pudełku zatrzymywała, bo w tym się miłowała, sztuką to nazwała.

Kolejne kufle piwa piło towarzystwo, gdy wtem mój sąsiad Stach nie za dobrze się poczuł a i na sen Morfeusz go ciągnąć poczał.

Wtem Ola wstała, mamą ochrzczona, bo nad każdym piecze trzymała, sprawnie Stacha przed gospodę wyprowadziła, dam głowę że w papę nastrzelała, bo coś lepszy przyszedł a i spanie go nie brało, dobra ta mama co szalem z cekinami się okrywała.

Był i kawaler Arek, student nad studenty, forum uczelni dzielnie podtrzymuje, a i o wizerunek dba należycie, to chwalebne poczynanie.

Druga dama Ola też i była, na współ z Agatą dyskutowała i ramieniem swym Agnieszkę wspierała, za to też jej chwała.

Dama z Giżycka się znalazła, na kwaterze tu mieszkała, a i plotkowała, tytoniem też się raczyła, zuch dziewczyna, powiadała, że wódkę litrami pijała, czym u chłopaków uśmiechy wykonała.

Dysputa na dobre rozgorzała, a i Agnieszka opowiadać swe przygody zaczynała .

Plus za bezpośredniość my jej dali, a i jej towarzystwo miłowali.

Prócz Stacha, wiecznego pijaka, towarzystwo się już zamykało, ot kameralnie, ot wesoło i bardzo śmiało.

Tak nam godziny na hulance spływały, na opowiadaniach, śmiechu i wigorze.

Uże klacz osiodłałem i z dziewczętami, co rusz do domów wyruszałem.

Gospodę już zamknęli, a i podróż do łóżka nas czekała, długa i zuchwała, snu się doczekała.

Po hulankach i swawoli pora znowu do niewoli, mu szlachcie my studenty, końca roku wyczekujemy jak najprędzej.

środa, 3 października 2007

Monastyrowe opowieści(tekst)

Monastyrowe opowieści

Historia Vivaldi Marksa.


Jestem Agaryjczykiem, jak na pierwszy rzut oka widać, nie chcę być kim innym, urodziłem się w państwie ogarniętym wojną, z nieprzyjacielem całego Dominium. Valdor to silna rzecz. Moje dzieciństwo nie było tak cukierkowe, jak tych bachorów z Cynzjii, już od najmłodszych lat ćwiczyłem rzemiosło wojenne, walkę rapierem, strzelanie, gotowano mnie na wojnę. Ojciec zawsze powtarzał-„Nigdy nie zawiedź przyjaciół i nigdy nie opuść sojuszników w potrzebie”, dopiero później dowiedziałem się, że każdy Agaryjczyk żyje według tych słów. Każdemu przypada różna rola w życiu, mój tata widział we mnie oficera i tak też się stało, miałem pójść w śladu Ojca, stać się chlubą rodziny, zasłużyć się na wojnie w licznych potyczkach, brakowało mi tak niewiele.

Szybko wybiłem się moimi umiejętnościami, jako surowy i bezwzględny oficer. Podejrzewam, że w drodze do sławy pomogło mi dobre imię ojca, który nie mógł pełnić służby wojskowej. Co równy miesiąc, dostawałem list od kuriera w którym to dumna rodzina pisała co się dzieje w domu, za każdym razem życzyli mi sukcesów i oczekiwali jak najszybszego powrotu. Teraz nie było czasu na powrót, jak oni mogą o tym myśleć, wojna trwa w najlepsze, a moja słowa ucieknie gdzieś daleko jak wrócę do rodziny, jeszcze nie czas. Wśród moich żołnierzy uchodziłem za skurwysyna, każdy z tych nędzników bał się wymówić moje nazwisko, jedno muszę im przyznać, miele rację, ale dobrze wiedzieli co to wojna, nawet Ci najmłodsi, Ci których twarz nawet jeszcze nie posmakowała ostrza brzytwy do golenia, śmierć jest i będzie nieodłącznym elementem wojny, a ja jestem w tej grze oficerem, człowiekiem który ma wykonywać swoje rozkazy, za każdą cenę, nawet tą najwyższą dla tych młodzieńców. Cholerny Valdor myślał, że mnie złamie, że elfy i krasnoludy mogą się śmiać z Marksa, Ha…, przecież to zgraja zwykłych demonów, nic więcej. Powiadają, że ten który nie boi się deviria, to temu śmierć niestraszna, nie mówiąc o innych niebezpieczeństwach. Nie złamał mnie widok umierających ludzi, pionków, poddających się, ginących w męczarniach, phi…, Valdor był mi też niestraszny. Do Jedynego odchodzili moi najlepsi przyjaciele, koledzy, a miałem ich tylu, że place jednej reki starcza do policzenia, bo któż taki jak ja mógł mieć bliskich? Każdy przejaw słabości, niezdyscyplinowania był surowo karany, na bydło nie ma innego sposobu.

Nastał kolejny miesiąc mojej kariery, dowództwo dało kolejny cel, kolejna bitwa, wygrana miała mi udostępnić wymarzony awans, bardzo długo oczekiwany, nie przegrałem jeszcze ani jednej bitwy, a tą oczekującą miałem w kieszeni. Zdziwiło mnie trochę, że kurier nie przyniósł listu od rodziców, może po prostu przestali pisać, awans był ważniejszy. Przeddzień bitwy, gdy wróciłem do swojego gabinetu zobaczyłem korespondencję na biurku, była zaadresowana do mnie, tak to awans, już doszedł, nareszcie. Otworzyłem kopertę i przeczytałem krótką wiadomość. Nie zrozumiałem jej od razu, przeczytałem kolejny raz i kolejny, nie spałem całej nocy, ciągle czytałem dopiero nad ranem doszło do mnie, że było to zawiadomienie o śmierci moich rodziców, zniszczono mój dom, miasto, wszystkich zabiła wojna, porwała w swą mordercza falę. Nagle wszystko stało się oczywiste, dostrzegłem rzeczy których nie widziałem wcześniej. Ruszyliśmy na bitwę.

Dowodziłem swym odziałem, już nie pionków, lecz ludzi, nie mogłem patrzeć jak umierają, jak robią to, bo taki dałem im rozkaz. Sługusy Valdoru, poczułem strach, jeden spojrzał na mnie, złamał jak trzcinową słomę, jego wzrok, żółć. Potyczka została przegrana.
Następnego dnia złożyłem rezygnacje, czułem że moja kariera legła w gruzach, to było moje ostatnie wyjście-odejść, daleko od wojny, od armat, od śmierci i Valdoru. Po odejściu, zostałem z niczym, tylko rapier przy boku, zmieszany z błotem honor, oraz łzy w oczach, łzy małego dziecka.

Co się stało później? Wędrowałem po świecie, zarabiając jako najemnik lub ochroniarz. Nigdy nie kradłem, wolę umrzeć z głodu niż postąpić jak złodziej. Nigdy też nie zagościłem w jednym miejscu dłużej niż kilka miesięcy, wciąż nosząc rapier u boku, pistolet za pasem i nóż w cholewce od buta, tak to przyzwyczajenie. Brakowało mi wojny, walki, znów chciałem dowodzić ludźmi, wykazywać się odwagą, niestety było to niemożliwe, jedynie mogłem liczyć na cud i stało się…

Pewnego dnia siedząc w przydrożnej karczmie do mojego stolika przysiadł się człowiek, nie rozpoznałem go od razu. Przedstawił się jako mój przyjaciel, jeden tych których mogłem zliczyć na palcach jednej ręki. Zaoferował mi sławę, karierę, przygodę, nowe życie. Nie sposób było nie przyjąć takiej propozycji.