Monastyrowe opowieści
Historia Vivaldi Marksa.
Jestem Agaryjczykiem, jak na pierwszy rzut oka widać, nie chcę być kim innym, urodziłem się w państwie ogarniętym wojną, z nieprzyjacielem całego Dominium. Valdor to silna rzecz. Moje dzieciństwo nie było tak cukierkowe, jak tych bachorów z Cynzjii, już od najmłodszych lat ćwiczyłem rzemiosło wojenne, walkę rapierem, strzelanie, gotowano mnie na wojnę. Ojciec zawsze powtarzał-„Nigdy nie zawiedź przyjaciół i nigdy nie opuść sojuszników w potrzebie”, dopiero później dowiedziałem się, że każdy Agaryjczyk żyje według tych słów. Każdemu przypada różna rola w życiu, mój tata widział we mnie oficera i tak też się stało, miałem pójść w śladu Ojca, stać się chlubą rodziny, zasłużyć się na wojnie w licznych potyczkach, brakowało mi tak niewiele.
Szybko wybiłem się moimi umiejętnościami, jako surowy i bezwzględny oficer. Podejrzewam, że w drodze do sławy pomogło mi dobre imię ojca, który nie mógł pełnić służby wojskowej. Co równy miesiąc, dostawałem list od kuriera w którym to dumna rodzina pisała co się dzieje w domu, za każdym razem życzyli mi sukcesów i oczekiwali jak najszybszego powrotu. Teraz nie było czasu na powrót, jak oni mogą o tym myśleć, wojna trwa w najlepsze, a moja słowa ucieknie gdzieś daleko jak wrócę do rodziny, jeszcze nie czas. Wśród moich żołnierzy uchodziłem za skurwysyna, każdy z tych nędzników bał się wymówić moje nazwisko, jedno muszę im przyznać, miele rację, ale dobrze wiedzieli co to wojna, nawet Ci najmłodsi, Ci których twarz nawet jeszcze nie posmakowała ostrza brzytwy do golenia, śmierć jest i będzie nieodłącznym elementem wojny, a ja jestem w tej grze oficerem, człowiekiem który ma wykonywać swoje rozkazy, za każdą cenę, nawet tą najwyższą dla tych młodzieńców. Cholerny Valdor myślał, że mnie złamie, że elfy i krasnoludy mogą się śmiać z Marksa, Ha…, przecież to zgraja zwykłych demonów, nic więcej. Powiadają, że ten który nie boi się deviria, to temu śmierć niestraszna, nie mówiąc o innych niebezpieczeństwach. Nie złamał mnie widok umierających ludzi, pionków, poddających się, ginących w męczarniach, phi…, Valdor był mi też niestraszny. Do Jedynego odchodzili moi najlepsi przyjaciele, koledzy, a miałem ich tylu, że place jednej reki starcza do policzenia, bo któż taki jak ja mógł mieć bliskich? Każdy przejaw słabości, niezdyscyplinowania był surowo karany, na bydło nie ma innego sposobu.
Nastał kolejny miesiąc mojej kariery, dowództwo dało kolejny cel, kolejna bitwa, wygrana miała mi udostępnić wymarzony awans, bardzo długo oczekiwany, nie przegrałem jeszcze ani jednej bitwy, a tą oczekującą miałem w kieszeni. Zdziwiło mnie trochę, że kurier nie przyniósł listu od rodziców, może po prostu przestali pisać, awans był ważniejszy. Przeddzień bitwy, gdy wróciłem do swojego gabinetu zobaczyłem korespondencję na biurku, była zaadresowana do mnie, tak to awans, już doszedł, nareszcie. Otworzyłem kopertę i przeczytałem krótką wiadomość. Nie zrozumiałem jej od razu, przeczytałem kolejny raz i kolejny, nie spałem całej nocy, ciągle czytałem dopiero nad ranem doszło do mnie, że było to zawiadomienie o śmierci moich rodziców, zniszczono mój dom, miasto, wszystkich zabiła wojna, porwała w swą mordercza falę. Nagle wszystko stało się oczywiste, dostrzegłem rzeczy których nie widziałem wcześniej. Ruszyliśmy na bitwę.
Dowodziłem swym odziałem, już nie pionków, lecz ludzi, nie mogłem patrzeć jak umierają, jak robią to, bo taki dałem im rozkaz. Sługusy Valdoru, poczułem strach, jeden spojrzał na mnie, złamał jak trzcinową słomę, jego wzrok, żółć. Potyczka została przegrana.
Następnego dnia złożyłem rezygnacje, czułem że moja kariera legła w gruzach, to było moje ostatnie wyjście-odejść, daleko od wojny, od armat, od śmierci i Valdoru. Po odejściu, zostałem z niczym, tylko rapier przy boku, zmieszany z błotem honor, oraz łzy w oczach, łzy małego dziecka.
Co się stało później? Wędrowałem po świecie, zarabiając jako najemnik lub ochroniarz. Nigdy nie kradłem, wolę umrzeć z głodu niż postąpić jak złodziej. Nigdy też nie zagościłem w jednym miejscu dłużej niż kilka miesięcy, wciąż nosząc rapier u boku, pistolet za pasem i nóż w cholewce od buta, tak to przyzwyczajenie. Brakowało mi wojny, walki, znów chciałem dowodzić ludźmi, wykazywać się odwagą, niestety było to niemożliwe, jedynie mogłem liczyć na cud i stało się…
Pewnego dnia siedząc w przydrożnej karczmie do mojego stolika przysiadł się człowiek, nie rozpoznałem go od razu. Przedstawił się jako mój przyjaciel, jeden tych których mogłem zliczyć na palcach jednej ręki. Zaoferował mi sławę, karierę, przygodę, nowe życie. Nie sposób było nie przyjąć takiej propozycji.


1 komentarze:
oj widze że sesje z NAD(ivem) odcisnęły swoje piętno... dobrze że są jeszcze ludzie którym chce się pisać...
Prześlij komentarz